wersja : ta strona w osobnym oknie
K
LUB PERFORMANCE - LEWA RAMKA>>performance
|||
||| poprzednia strona z tego okna

Tu: będzie wkrótce jakiś zabawny tekst:............
Tym mamy zamiar wkrótce się zajmować (niedawno napisana, niedawno wydana, itd.):

The Drunkard's Walk
Znacznie prostszy tytuł oryginału angielskiego:
Spacer pijaka. (Dalej może być tak, jak jest w książce.)
Pytanie z książki:
Dlaczego losowość jest pojęciem bardziej fundamentalnym od przyczynowości?
*
Klub Performance Zaprasza:

perfidia-perfearance
***

Na początek (XX1, 11.luty.2011).

1. Ujęcie z filmu Prz. Kwieka pod tytułem "Rozmyła się ręka prawa":

foto Przemyław Kwiek

2. Przemysław Kwiek: Appearance 175: "Pochodnia, Sardengnauo, Pestka Ai Weiwei" & Paulina Kempisty: "Współdziałanie.

Przemyslaw Kwiek & Paulina Kempisty

3. Jan Piekarczyk: OFUNOFU.

Jan Piekarczyk

4. Jan Rylke: Święty Jerzy w walce ze smokiem" - Odrodziny tragedii.

odrodziny tragedii

4. Robert Pludra & Paweł Zalewski: "Wesele".

Pludra & Zalewski

5.  Ewa  Świdzińska - z cyklu "Żywoty artystyczne".

Ewa Świdzińska

6. Marek Konieczny - "Nie wszystko złoto, co się świeci".
    Zdjęcia chwilowo brak.


7. Ryszard Ługowski - "Strzepując buddę na popiół czyli płacz Himalajów".

Lugowski i misy z popiolem buddy

8. Komentarze w przemyśleniach:

pochopne wnioski

Pochopne wnioski - takie zadanie zadał mi młodszy syn, Michał. Zacząłem się zastanawiać nad wiarygodnością dzisiejszej polskiej ekonomii. Bardzo nas wszystkich martwi, prawda? Kolejne "rozstrzygnięcia" są coraz mniej wiarygodne, ale za to coraz więcej przysparzają nam zmartwień bytowych; coraz mniej warte są pieniądze.

 Zastanawiam się, komu służy taka inflacyjna wiarygodność gospodarki, coraz mniej prawdopodobne "refleksje"? Przy rosnącej i słabo kontrolowanej tolerancji "logicznej" malejących prawdopodobieństw, sztuce nie służy na pewno - sztuce służy, jak wykazał w "Poetyce" Arystoteles - wiarygodność odpowiednich potoków akcji i prawdopodobieństwo rostrzygnięć. Naszkicowana tu inflacja logiczna raz po raz wymusza na nas postawy sprzeczne, irytujące, bolesne...

Pochopne rozumowania nie na tym tylko polegają, że ktoś się pomyli i w porę nie wycofa. To jeszcze nic. Na tym polegają, że błędne myślenie,  błędne rozumowania, sięgają realnego śwta, ktoś klika, uruchamia fałszywe/prawdziwe procedury i mamy kryzys.

Prawdopodobieństwo zdania - ilość zadań sprzyjających danemu, do ilości ogólnej w jakiejś sytuacji (jakoś tak). Prawdopodobieństwo następnika imlplikacji maleje przy błędach. [25.02.2011]




Słyszałem niedawno, że pewien znany, spokojny i ważny polityk powiedział, iż byłby zadowolony, gdyby frekwencja wyborcza wyniosła około 50%. Czyli pół na pół. Czyli nie wiadomo. Brak ciśnienia. Czyli trudno mu oszacować tak elementarne zachowania rzekomo otwartego polskiego społeczeństwa demokratycznego, jak frekwencja wyborcza.

Spłeczeństwo otwarte to takie, które świetnie sobie radzi z "obywatelem statystycznym", kiedy przychodzi chwila zrzucenia tej maski, pokazania twarzy i tożsamości, spełnienia. Dzień wyborów na przykład. Przestanie być w Polsce fikcją, gdy będziemy się edukować tak, by frekwencja określiła się bardziej zdecydowanie (70% nie byłoby źle).

Ale Polskie problemy edukacyjne sprowadzają się do problemów religijnych  i do ich symboli. Jeżeli za frekwencyjnym pojęciem obywatela statystycznego - mięsa armatniego, nie stoją ludzie, którzy potrafią odsłonić swoje twarze, w demograficzny skarbcu tego kraju nie będzie kruszcu. Papierowe pieniądze, ale nie demokratyczny kapitał.

Trochę wiem, o czym mówię. W okolicach wyborów 2006 sam to sprawdziłem, pod linkiem jest fotografia.

Aby zachęcić do przeczytania książki, przytoczę jedno zdanie:

Uznanie, jakim cieszą się liczne teorie spiskowe, opiera się na na niezrozumieniu tej różnicy, to znaczy na myleniu prawdopodobieństwa, że seria jakichś zdarzeń miałaby miejsce, gdyby krył się za nią potężny spisek, z prawdopodobieństwem, iż potężny spisek rzeczywiście istnieje, jeśli wiadomo, że zaszła pewna seria zdarzeń.

Wrócę do tych tematów w styczniu i z niecierpliwością na to czekam, i uczę się tego. [j. p. 20.11.2010]


Bogdan Sabalski

Warszawa 05.05.2007 r.


Wszyscy jesteśmy ateistami

Richard Dawkins udowodnił, że wszyscy jesteśmy ateistami, niektórzy są zakłamani, co jest u ludzi powszechne, oto jego rozumowanie, prosty wniosek historyczny, cytuję: "Wszyscy jesteśmy ateistami, co do większości bogów, w których kiedykolwiek wierzono. Niektórzy z nas odrzucają tylko o jednego boga więcej." Żeby zrozumieć odkrywczość tego rozumowania druzgoczącego każdą teologię podam najnowocześniejszą definicję matematyki. Matematyka to otwarty, stale uzupełniany, zasób rozumowań. Dawkins uzupełnił twórczo zasób rozumowań. Jest wiec matematykiem. Biblia, Koran zawiera bardzo ubogi zasób rozumowań. Żal tych, których ten zasób zadowala. A bieda rodzi biedę. Wielką biedę.


Dla pocieszenia anegdota:

Męża wezwano do szpitala, bo żona miała wypadek samochodowy.
Zdenerwowany czeka na lekarza, wreszcie lekarz się pojawia ze współczującą miną.
- I co?! Co z nią, panie doktorze?!
- Cóż...Żyje. I to jest dobra wiadomość. Ale są i złe: żona, niestety, będzie musiała przejść skomplikowany zabieg, którego NFZ nie refunduje. Koszt: dwadzieścia pięć tysięcy złotych.
- Oczywiście, oczywiście...
- Później będzie jej potrzebna rehabilitacja. NFZ nie refunduje. Koszt około pięciu tysięcy złotych miesięcznie.
- Tak, tak... zrozumiałe – komentuje mąż.
- Oprócz wspomnianej rehabilitacji konieczny też będzie pobyt w sanatorium. NFZ nie refunduje... Koszt sanatorium dziesięć tysięcy....
- Boże...
- Tak mi przykro...To jeszcze nie koniec. NFZ nie refunduje również leków, które przepiszemy pańskiej żonie, a one są to bardzo drogie...
- Ile? – pyta mąż, blednąc.
- Miesięcznie od dwunastu do piętnastu tysięcy złotych.
- Jezu...
- Plus pielęgniarka przez całą dobę. W tej sprawie sam pan się dogada. Przypuszczam, że znajdzie pan kogoś za dziesięć złotych za godzinę...
Mąż się nie odzywa. Chowa w dłoniach twarz. Lekarz nagle klepie go po ramieniu, wybucha serdecznym śmiechem, i mówi:
- Żartowałem! Nie żyje!

/Bogdan Sabalski/


NAPRAWDĘ HARMONIA?

ABP Józef Życiński pisze w artykule "Nie taki Hawking straszny" (Newsweeek Polska,  38/2010 19.09.10), że nie ma sprzeczności między nauką i wiarą (więc pwenie (ostatnio) nie ma, zresztą,  Kopernik też był księdzem), ale jest harmonia, i jako ważny przykład przedstawia fragment swojej rozmowy z Janem Pawłem II po wysłuchaniu przez nich wykładu S. Hawkinga we wczesnych latach 80. (być może rok 1981):

"
Kiedy jednak Hawking pojechał do Castel Gandolfo na spotkanie fizyków i przedstawił swoją teorię w obecności Jana Pawła II, był rozczarowany. Liczył na to, że spotka go taki sam los jak Galileusza, że zostanie potępiony. Tymczasem Ojciec Święty aprobująco milczał. Później, podczas konferencji dla polskich fizyków, wspomniałem Ojcu Świętemu, że Hawking jest rozczarowany. A on mówi: „Dlaczegóż miałbym go potępiać? Przecież fizyk ma tłumaczyć rzeczywistość przez prawa fizyki. Dopiero teolog czy filozof mówi o Bogu"."

Nie jestem przekonany, że rozmowa faktycznie tak przebiegła , czy może tylko tak została zapamiętana
(wiele lat minęło). A to różnica, ponieważ z następnego cytatu wynika raczej, że jeśli nawet nie ma konfliktów na poziomie filozoficzno - teoretycznym, to na poziomie światopoglądowym konflikty pojawiają się na pewno.

Hawking (istotna tu wypowiedź JPII podkreślona):

   Stephen W. Hawking "Krótka historia czasu", Warszawa 1990, s.113:
"W latach siedemdziesiątych zajmowałem się głównie czarnymi dziurami. Problemem pochodzenia i losu wszechświata zainteresowałem się w 1981 roku, gdy uczestniczyłem w konferencji na temat kosmologii, zorganizowanej przez jezuitów w Watykanie. Kościół katolicki popełnił ogromny błąd w sprawie Galileusza, gdy ogłosił kanoniczną odpowiedź na pytanie naukowe, deklarując, iż Słońce obraca się wokół Ziemi. Tym razem, parę wieków później, Kościół zdecydował się zaprosić grupę ekspertów i zasięgnąć ich rady w sprawach kosmologicznych. Pod koniec konferencji papież przyjął jej uczestników na specjalnej audiencji. Powiedział nam wówczas, że swobodne badanie ewolucji wszechświata po wielkim wybuchu nie budzi żadnych zastrzeżeń, lecz od zgłębiania samego wielkiego wybuchu należy się powstrzymać, gdyż chodzi tu o akt stworzenia, a tym samym akt Boży. Byłem wtedy bardzo zadowolony, iż nie znał on tematu mego wystąpienia na konferencji — mówiłem bowiem o możliwości istnienia czasoprzestrzeni skończonej, lecz pozbawionej brzegów, czyli nie mającej żadnego początku i miejsca na akt stworzenia. Nie miałem najmniejszej ochoty na to, by podzielić los Galileusza, z którego postacią łączy mnie silna więź — uczucie swoistej identyfikacji, częściowo z racji przypadku, który sprawił, że urodziłem się dokładnie 300 lat po jego śmierci!" .

Z przytoczonych fragmentów widać, że spór nie jest teoretyczny, ale światopoglądowy, dotyczy zasadniczych różnic między umysłem przyjmującym dogmaty wiary, a umysłem, który takich dogmatów nie przyjmuje. Pytanie w stylu Richarda Dawkinsa mogłoby brzmieć tak: a jakim prawem papież radzi uczonemu by się od swoich badań powstrzymał? Podobno kościół przyznał, że w sprawie Galileusza popełnił błąd. Boże! Coż za eufemizm!!! wołający o pomstę do nieba! Kościół nie popełnił błędu, ale BEZPRAWIE!

Rzeczywiście, czasem naprawdę nie ma konfliktu między nauką a religią:
jak podaje prof. Michał Heller w jednej ze swoich wspaniałych książek, Kartezjusz tak bardzo przejmował się boską wszechmocą, że twierdził podobno, że Bóg, gdyby tylko chciał, mógłby zmienić tabliczkę mnożenia. Książki są naprawdę wspaniałe i warte tego, by na ich podstawie uczyć filozofii przyrody już od lat najmłodszych - jestem przekonany, że można je rozpisać na odpowiednio dostosowane i ilustrowane "galileuszowskie" dialogi o kosmosie i wszechświecie dla najmłodszych i starszych (szkoła podstawowa i średnia), i przyjąć je do programu nauczania zamiast lekcji religii, nauki o aniołach. Lekcje religii wprawdzie obowiązkowe nie są, ale presja otoczenia, szczególnie w mniejszych miejscowościach - zdarza się - graniczy z szykanami.

To tylko dorosłym się wydaje, że dzieci i młodzież muszą być ogłupiane, bo nic bardziej wyrafinowanego do nich nie dotrze. A jest odwrotnie. Dzieci i młodzież to stwory urodzone w komputerach. Dlatego w szkołach - nie religia, bo tej mogą sie uczyć w szkołach przyparafialnych, ale prawdziwa filozofia przyrody, czyli obserwacja, zadawanie pytań, nauka samodzielnego rozumowania. A jeśli już koniecznie o aniołach ktoś chce ich uczyć, to niech zademonstruje dzieciom, jak anioły latają... No? Czekamy... proszę pokazać, jak anioły latają...


[Jan Piekarczyk 17.09.2010]
p.s.
Tam niżej zagalopowałem się:  komuna nie była formacją stworzoną przez zdeklarowanych ateistów, sprawiała takie wrażenie z powodu jak mantra powtarzanego słowa "materializm".  Co więc stworzyli ateiści? Wszystko, co jest związane naukami ścisłymi i przyrodniczymi, medycyna, itd, a to niemało. Trochę sztuki w końcu też. Itd, Potęgę cywilizacji technicznej.

A gdzie przestrzeń duchowa, przestrzeń ducha? zapytają pięknoduchy ?
A co ty myślisz darmozjadzie jeden, że wszystko dostaniesz na talerzu? Zadbaj sobie, to będzie.

(Żadne sprawy duchowe pana nie interseują? zapytał mnie jeden z obrońców krzyża pod pałacem prezydenckim. Do obrońców nie docierało, że pałac prezydencki był tylko mieszkaniem służbowym śp. prezydenta  Lecha Kaczyńskiego, a nie mieszkaniem rodzinnym pana Jarosława Kaczyńskiego, do którego też -  jak się zdaje - to nie dociera.)

egzorscysje, 6. wresień 2010 r:



[J.P. piątek, 23. sierpnia. 2010 r.]

"COME OUT" po polsku

Fotografia poniżej nosi tytuł "Wschód Słońca w górach Pokazu", powstała ósmego października 2007 r. podczas XIX spotkania Klubu Performance, w Galerii Krytyków Pokaz, w ten sposób, że zapytałem obecnych tam  o to, czego boją się bardziej: własnej śmierci, czy świata bez Boga. Kartki czerwone przykleiły do ściany te osoby, które bardziej się bały własnej śmierci, a kartki żółte te osoby, które bardziej się bały świata bez Boga. Richard Dawkins twierdzi [w "Bóg urojony"], że sytuacja ateistów w Stanach Zjednoczonych "przypomina obecnie położenie homoseksualistów przed pięćdziesięciu laty".

W Polsce pewnie jest jakoś podobnie, ale z uwagi na wcale nie tak dawny PRL, słowo ateizm może brzmieć nawet groźniej, bo się przecież kojarzy z komuną. I to jest właśnie fatalne, że jedyną znaną kulturową formacją stworzoną przez zdeklarowanych ateistów była komuna. Dlatego ateizm źle się w Polsce kojarzy. Czy dlatego na wiele lat odstąpiono od matury z matematyki? Czy dlatego Polska nie ma dyplomatów unijnych, bo polskich dyplomatów, którzy są w stanie biegle mówić, czytać i pisać w co najmniej trzech europejskich językach brak nawet na otarcie tych łez, co je kot w tej sprawie napłakał?
 
Nie wyobrażam sobie by warszawscy ateiści wystąpili w stolicy z równie barwną i wesołą paradą, co parada Gay Pride (pride - są dumni, bo mają odwagę się ujawnić - come out). Nie wydaje mi się, żeby przeciwnicy krzyża pod pałacem prezydenckim, deklarowali się otwarcie jako ateiści. I pewnie większość z nich nie była ateistami. Dlatego, choć oddzielenie kościoła i państwa ma w Polsce sankcję konstytucyjną, nie spodziewam się w najbliższym czasie (30 - powiedzmy - lat) masowych ujawnień się ateistów. Jedna, dwie jaskółki nie czynią wiosny. Dlatego wynik sprzed trzech lat, prezentowany na fotografii poniżej, nie jest zły. Jest wręcz świetny. Ateizm, nie tylko w Polsce, dopiero raczkuje. Zamiast religii można by w Polsce uczyć teorii ewolucji... przyrodoznawstwa, itd. Skoro katecheci opłacani są z kasy państwowej, to niech uczą niezależnego myślenia :)

wschod slonca w gorach pokazu

Dzisiaj natomist [23 sierpnia 2010] słyszę, że krzyż czuje i doznaje, tak jak żywa istota.
Ja z tym nie dyskutuję:

obiecanki dziwisza


[J.P. Niedziela 15. sierpnia 2010 r.]

Fortelem?

Słyszę właśnie, że pan Kaczyński ujawnia z ubolewaniem, że obrońcy krzyża zostali usunięci sprzed pałacu prezydenckiego za pomocą fortelu. Innymi słowy, pan Kaczyński docenił jego skuteczność. Należy się zatem cieszyć, że komuś udało sie wymyślić wybieg taki, że owe święte krowy, bo nie inaczej, a jak święte krowy właśnie, tabu jakieś nietykalne w centrum rzekomo nowoczesnego państwa europejskiego, traktowani byli i są ci ludzie, co się obrońcami krzyża okrzyknęli. Nie bacząc nawet na wyrażone ostatecznie potępiające zabawy z krzyżem opinie Kościoła. Święte krowy. W środku Polski, Nic nowego.

Prof. Zbigniew Mikołejko w "Polityce" z 14. sierpnia ["Polska wojna symboliczna"]  przywołuje słowa Adama Hofmana, posła PiS'u, który narzeka, że "nie wypracowaliśmy nowoczesnego dyskursu o symbolach religijnych, że ciągle w takich sporach powraca pojęcie ciemnogrodu".

A ja się zamyślam, że ilekroć dyskurs taki jest Polsce proponowany, tylekroć polskie święte krowy burzą się i lamentują, że się narusza, uraża, obraża, ich uczucia religijne (narodowe, prokreacyjne, itd.). Każda poważniejsza dyskusja ginie pod naporem owych "uczuć religijnych" - śmiem twierdzić, że najczęściej rzekomych i powierzchownych, tak jak za powierzchowny uchodzi polski katolicyzm. Kilka lat temu celowali w takich "krucjatach" członkowie Ligii Polskich Rodzin, która właśnie w zarodku tłumiła wszelkie możliwe dyskursy dotyczące języka symboliki kulturowej tego kraju. Wówczas rzeczywistą ofiarą polskich "obrońców krzyża" stała się choćby sztuka Doroty Nienalskiej (tekst sprzed siedmiu lat !!!). Kultura i sztuka jest zresztą naturalnym dość terenem, ma którym artyści inicjowali nie jedną dyskusję o symbolach (narodowych, religijnych, obyczajowych, rodzinnych, gendrowych, itp., czyli także o odpowiednich wartościach), ale najczęściej ostro dostawali po głowie (po łbie) od polskich świętych krów, z którymi w żaden sposób nie idzie się porozumieć
.

Na przykład: Byliśmy właśnie świadkami pomieszania logiki z emocjami, praw obywatelskich z roszczeniem przemawiającym rzekomo w imieniu całego narodu (Im mniej argumentów i racji w głowie, tym więcej narodu na ustach...).

Niech więc poseł PiS nie narzeka, że gdy dochodzi do dyskursu o symbolach, głowę podnosi ciemnogród, bo taki jest polski standard.

No i dobrze, wszak w Polszcze ciemnogród jest najważniejszy.

[J.P. Niedziela 15. sierpnia 2010 r.]

W chorym cieniu katastrofy
w cieniu katastrofy

Ręce opadają:

Sobota, 7. sierpnia 2010 r. Dzisiaj dowiedziałem się, że Bronisław Komorowski złożył przysięgę prezydencką nie tyle w ramach obowiązujących w Polsce odpowiednich procedur państwa demokratycznego, ile że do zaprzysiężenie doszło w wyniku "śmierci mojego brata" - tak mniej więcej ujął to pokonany w kampanii wyborczej Jarosław Kaczyński, wzbogacając tym samym prawnicze koncepcje związków przyczynowo-skutkowych.

Przez wiele tygodni na tej tu stronie nie było ani słowa, ani wzmianki o polityce, choć podtytuł portalu umożliwia mi zajmowanie się dowolnym tematem (nie tylko sztuką). Mógłbym więc bawić się w "specjalistę" i pokomentować sobie to, na czym i tak wszyscy doskonale się znają. Zrezygnowałem z takiej zabawy, bo, z jednej strony, trudno mi za wszystkim nadążyć, a z drugiej, nie czułem wystarczającej motywacji by dodawać do niemal powszechnego jazgotu także swój głos. Ale to się zmieniło: pojawiła się motywacja. Może jeszcze nie aż tak szaleńcza, bym się rozpisywał na całe strony, czyli motywacja spowodowana jakąś potężną wściekłością na bełkot, jaki czasem muszę słuchać, czytać albo oglądać, trochę jednak już tej wściekłości się we mnie budzi. Trochę. Lekka irytacja człowieka dorosłego, zniecierpliwionego dobiegającymi zewsząd idiotyzmami polskiej przestrzeni publicznej, sceny politycznej, czy jak się ta piaskownica nazywa, a w szczególności genialnymi odkryciami logicznymi produkowanymi przez pana Jarosława Kaczyńskiego.

Nader zaraźliwe muszą być owe odkrycia, skoro udało mu się nawet zarazić pana Palikota. Pan Kaczyński, posiadający stopień doktora nauk prawniczych (czy jakoś tak, wykształcenie w każdym razie niebanalne), już na potęgę miesza w głowach swoim słuchaczom, nie dbając o elementarną dyscyplinę logiczną swoich wypowiedzi. Ponieważ trudno pomyśleć, że człowiek tak starannie wykształcony łamie reguły logiczne bezwiednie, to należy przyjąć, że czyni tak celowo. Dlaczego? Kaczyński zdaje sobie sprawę z tego, że mówi, że przemawia do tłumu. A tłum jest wrogiem logiki (i mądrości). Oto niektóre tylko cechy tłumu, opisane przez Gustawa Le Bon: "... cechują go (...) mianowicie: zanik zdolności rozumowania, brak krytycyzmu, drażliwość, łatwowirność i prostota uczuć. Ulega on przemówieniom swych przywódców, którzy ciągle jedno i to samo powtarzają, stawiają nie uzasadnine twierdzenia (...)" [Gustaw Le Bon "Psychologia tłumu"]. Dlatego. (Chodzi o katastrofę, o wybory, o wszystko.) Dlatego Kaczyński nie może publicznie analizować prawnego pojęcia przyczynowości i sprawstwa, bo wówczas nie mógłby twierdzić (jak twierdzi), że jego brat zginął, bo był nielubiany - przez niektórych rodaków, i przez Putina, a zwłaszcza przez Putina. Putin kazał go zabić, bo go nie lubił. Komorowski też go nie lubił, więc Komorowski też się do tej śmierci przyczynił. I pewnie tak miało być, bo gdyby "mój brat nie zginął", to by nie doszło do zaprzysiężenia Komorowskiego. Kto nie widzi w tym żelaznej logiki, ten "ma kłopoty z myśleniem". Ergo: Komorowski został prezydentem w wyniku śmierci Lecha kaczyńskiego. Taki jest z grubsza schemat tego rozumowania.

Kujmy tę żelazną logikę, póki jeszcze gorąca. Aby więc nikt się zanadto nad tym nie rozwodził, Kaczyński dodaje, że Komorowski wygrał wybory na skutek zwykłego nieporozumienia, ci mianowicie, którzy na Komorowskiego głosowali, nie dostrzegli w swej bezmyślnej ślepocie, że Komorowski jest wojującym antykatolikiem ( taki zamierzony sens ma "zapateryzm"), skoro zamierza usunąć krzyż. Krzyż ustawiony przed Pałacem Prezydenckim przez harcerzy, którzy jak się okazało, wykazali się brakiem wyobraźni, nie wyobrażając sobie zawczsu tego, co się potem wokół krzyża miało dziać. Hierarchia kościelna chowa głowę w piasek, zupełnie, jakby krzyż przed Pałacem był równie kłopotliwy, co dotykająca niektórych duchownych, nie tylko w Polsce, pedofilia, lub  choćby sobiepaństwo księdza Rydzyka - ten ze wszystkich najmądrzejszy, czytaj - radzi sobie najlepiej, i tak dobrze sobie radzi, że wielu bez niego ani rusz. Przypomnijmy, że w swoim czasie wyklął panią Marię Kaczyńską, i spełniły się jego życzenia. Właśnie dlatego najwięcej teorii spiskowych dotyczących katastrofy powstaje w środowisku Radia Maryja, ponieważ Rydzyk śmiertelnie wystraszył się swojej własnej czarnoksięskiej mocy, jak się okazało, bynajmniej nie urojonej.

Ponadto:
Dopóki nie ma sprawozdań komisji prowadzących śledztwa w sprawie katastrofy, nikt nie ma możliwości wyłonienia ze zdarzeń jakichkolwiek rozstrzygających następst o charakterze przyczynowym, a tym bardziej sprawczym, ze zbrodnicżą intencją (motywacją) w tle. I ani Kaczyński nie ma takiego prawa (tym bardziej, że jest świetnie podobno wykształconym prawnikiem), ani pan Palikot. Tu, niestety, muszę być sprawiedliwy. Pan Kaczyński popełnia swoje logiczne odkrycia być może nadal jeszcze w traumie, a wiemy, że ludzie zrozpaczeni mają prawo do błądzenia, nawet do bredni. Pan Palikot natomiast, w ferworze walki, po prostu się przejechał, zagalopował, i to brzydko, mówiąc o krwi na rękach prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Bo - tego nie wiemy - nie wiemy, co się tam naprawdę wydarzyło. Bo - z domysłami trzeba czekać (Na czyją korzyść przemawiają wątpliwości? - już nie pamiętam.). Pan Palikot zatem także popełnił wykroczenie przeciwko regułom chłodnej logiki - choć zgodnie z zasadami podjudzania (ogłupiania) tłumu - tu - podobnie jak pan Kaczyński.

Pan Palikot, o ile pamiętam, próbował się jakoś wycofać, twierdząc, że co innego miał na myśli, jednak w obliczu tłumu na niewiele się zda odwracanie Palikota ognem.

Pan Kaczyński zaś brnie dalej w to bagno. Mam wrażenie, że im większe poczucie winy za śmierć brata, tym dramatyczniejsze oskarżenia kierowane przeciw innym.

[Jan Piekarczyk, 9 sierpień 2010 r.]






top